Relacja naocznego świadka
Falkon 2010 był bardzo nagłośniony i równie dobrze rozreklamowany. Jego reklamy, czy to w formie bannerów na stronach i forach internetowych, czy to w formie drukowanej w magazynach takich jak SFFH, były naprawdę trudne do przegapienia. Reklama była całkiem nieźle wykonana, kampania promująca urodzinowy Falkon też raczej nie należała do ułomnych - na stronie internetowej organizatorów pojawiały się od czasu do czasu teksty zdecydowanie dobrze pasujące do ogólnego klimatu planowanej imprezy. Reklama zachęcała, kusiła, sugerowała, że, aż zacytuję, „to niegrzecznie nie przyjechać na urodziny”. Jak w praktyce wyszła organizatorom realizacja konwentu w konwencji NIGHTMARE? Cóż, pod pewnymi względami rzeczywiście było koszmarnie – acz chyba nie do końca takie było założenie…
Pierwszą rzeczą, jaka rzucała się w oczy (później za to rzucała się w nogi…) były kolejki ciągnące się od wejścia na konwent aż za ogrodzenie terenu szkoły, w której odbywała się impreza. Jak żyję jeszcze czegoś takiego nie widziałem na Falkonie - a byłem na kilku, więc swoje wiem. Z jednej strony - to bardzo miło, że ludzie nie zignorowali zaproszenia organizatorów i przybyło ich mrowie a mrowie. Z drugiej - organizacja tego wszystkiego mogłaby być odrobinę lepsza tak, aby nie trzeba było czekać ponad pól godziny w kolejce do akredytacji. Może jakaś rejestracja elektroniczna albo coś w ten deseń? Możliwe, że nawet było coś takiego - chyba jednak mało kto skorzystał... Oczywiście jako reprezentant mediów nie musiałem czekać w kolejce - ale zrobiłem to. Po części aby zakosztować wszystkiego, a po części dlatego, że przecież sam nie przyszedłem i nie wypadało porzucać rannych towarzyszy. No, może nie rannych - ale na pewno nie aż do tego stopnia uprzywilejowanych. Podsumowując - organizatorzy mogli przewidzieć, że pierwszego dnia konwentu zwalą się nań tłumy i wymyślić jakiś sprytny trick. W kolejne dni konwentu napływ przybyszów był znacznie mniejszy.
Jeszcze w kwestii kolejek – dwie sprawy. Pierwsza – czekającym w kolejce przyszłym uczestnikom zafundowano konkurs z nagrodami żeby się nie nudzili. Konkurs polegał na owijaniu się w jak najszybszym tempie papierem toaletowym tak, aby zrobić z siebie coś jak najbardziej przypominającego mumię. Ani chybi filmiki z tego są dostępne na youtube - kto żyw podbiegał z wypasioną komórką i filmował doszłe i niedoszłe mumie. Ot, signum temporis. Druga sprawa - nie było mnie na liście VIPów. Ot tak, po prostu. Gdyby nie to, że osoba rejestrująca osoby medialne (jak to dumnie brzmi) postanowiła mnie (i kilka innych osób, z tego, co widziałem) do ich listy dopisać czekałaby mnie wycieczka na koniec kolejki - nic przyjemnego słowem. Mam wrażenie, że tutaj po raz kolejny zawiodła organizacja imprezy, co, na szczęście, zostało zrekompensowane przez to, iż obsługa wykazywała się uprzejmością i wyrozumiałością. Jak miło, jak miło - jak mawiał Czarny Lud w pewnym opowiadaniu Stephena Kinga.
Miłą innowacją było to, że konwent odbywał się w dwóch szkołach - jedna z nich była szkołą stricte konwentową, druga służyła za miejsce noclegowe. Ba, organizatorzy byli na tyle mili, że nie kazali uczestnikom konwentów ganiać piechotą od jednej szkoły do drugiej - co godzinę kursował specjalny autobus, który woził chętnych pomiędzy owymi placówkami. Dobry pomysł.
Czymś, co rzucało się w oczy zaraz po wejściu na konwent był, jak ja to określam, brak natrętnego klimatu horrorowego. Nie wiem, czy sklasyfikować to jako wadę czy jako zaletę – klimat piracki na jednym z poprzednich Falkonów wcale nie raził. Cóż, zdaje mi się, że impreza szumnie reklamowana jako konwent w konwencji koszmaru powinna mieć w sobie owego koszmaru odrobinę więcej. A tu nic. Nawet za szafy zaglądałem – koszmar żaden się tam nie czaił. Pewnie nie chciało mu się lecieć do odległego Lublina i wolał pozostać w Dunwich. Albo w Red Hook.* Tak po zastanowieniu - tak, to chyba jednak jest wada. Jedynym miejscem, gdzie widać było koszmar były stroje co poniektórych uczestników (i to bynajmniej nie w znaczeniu, że były koszmarnie brzydkie - wręcz przeciwnie, były koszmarnie nastrojowe, że tak to ujmę) i sprzedawczyni obsługująca stoisko z odzieżą dla gothów i niedoszłych gothów. Bez wycieczek osobistych i takich tam - to i tak trzeba było zobaczyć. Myślę, że na jej widok ziemniaki same się gothowały w swoim czasie - acz trzeba jednak wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym, jak to śpiewają w jednej piosnce. Podsumowując tę część - wincy klimatu! Jak się już robi imprezę w określonej konwencji, to wypada zadbać, by występowały tam owej konwencji ilości choćby śladowe. Pod tym względem nie było najlepiej…
Jak wyglądała impreza pod względem prelekcji? Nie za dobrze.–Nie wiem, może ja miałem pecha, ale większość prelekcji, które wzbudziły moje zainteresowanie i których postanowiłem wysłuchać nie odbyła się. Tak po prostu, bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnej erraty (i to jest dopiero solidny zarzut – na każdym Falkonie do tej pory pojawiał się szczegółowy spis tego, jakie prelekcje się nie odbędą i jakie przełożono… a tu nic…). Za to duży minus – aczkolwiek na konwenty nie jeździ się przecież tylko na prelekcje. Jeździ się tam także po to by w konwentowej atmosferze (ale już po opuszczeniu terenu konwentu) napić się z dawno nie widzianymi znajomymi. Ta część wyszła całkiem nieźle - ale przecież to nie zależało w żadnym stopniu od organizatorów...
Oprócz prelekcji-widm były też prelekcje całkiem zwyczajne - jak na przykład pouczający wykład imć Jakuba Ćwieka o kanibalizmie. Było całkiem zabawnie, ale ćwieka to mi prelegent nie zabił, że się tak wyrażę - nie mówił o niczym niesamowicie odkrywczym. To, że większość żartów mnie nie bawiła mogło jednakże mieć sporo do czynienia z tym, że byłem niewyspany i skacowany - bo prelekcja owa odbywała się już w sobotę. Druga fajna prelekcja, czy właściwie ich blok, to Wolsung i spółka. System został zaprezentowany w bardzo przyjemny sposób i naprawdę miało się ochotę kupić go - nie jest jakiś szczególnie drogi a fragment podręcznika w opisie Latających Małp (sekcja Cytaty ze Świata Gry), na który przypadkiem natrafiłem podczas kartkowania owej opasłej książki szczerze mnie rozbawił. Podręcznika jednak nie kupiłem - czasu na grę w jakiegokolwiek łerpega tak jakby mi ostatnio brakuje. Była jedna wada prezentacji Wolsunga - jeden z trzech prowadzących, który starał się być zabawny ale za nic mu to nie wychodziło. Nie będę tutaj chamski i nie wymienię choćby z nicka - ale powinien wejrzeć w siebie i zmienić swoje zachowanie, albowiem żarty jego powodowały w mojej mózgownicy zgrzytanie porównywalne chyba tylko z tym występującym przy próbach jedzenia piasku.
A co tam, Panie, w LARPach słychać? W LARPach słychać było to, że już pierwszego dnia nie szło się na żadnego LARPa zapisać, ludzie oblegli je tłumnie a szumnie i pozajmowali syćkie miejsca. Obrona nie ma nic więcej do powiedzenia i prosi o przerwę, Wysoki Sądzie.
Dosyć marnie prezentowały się też sklepy konwentowe – przede wszystkim dlatego, że reprezentacji Barda było się zachorowało (w związku z czym, zresztą, nie odbył się turniej bojowy na broń piankowa…). To był pierwszy konwent, na którym nie bardzo mogłem sobie coś kupić na pocieszenie – wypadł bardzo blado w porównaniu z tegorocznym Polconem, z którego przywiozłem nawet pacynkę Cthulhu – którą naprawdę ciężko kupić drogą niewysyłkową.
Ogólne wrażenia? Cóż, konwent jak konwent – a w tym wypadku to źle. Po, było nie było, jubileuszowej edycji spodziewałem się czegoś znacznie lepszego. Bardziej… wypasionego.
* - Dla niekumatych – aluzja do dwóch opowiadań Howarda Philipsa Lovecrafta – „Koszmar w Dunwich” i „Koszmar w Red Hook.
Garrett
Skomentuj | Komentarze (1)